środa, 6 czerwca 2012

Odc. 3: Kulinarna podróż odchudzająca - Tajlandia, Laos, Kambodża.


 Z dużym opóźnieniem, wreszcie?!,  zamieszczam 3 odcinek kulinarnej podróży odchudzającej, tym razem nasze drogi zawiodły nas  do Tajlandii, Laosu i Kambodży. Moja waga w tym okresie pokazywała 106 kg, co było już dużym osiągnięciem (czyt. cz. 2 Kulinarnej podróży.)
Tajlandia przywitała nas czystymi ulicami, autobusami, które nie wyglądały jakby stoczyły się z jakiejś górskiej przełęczy (jak wygląda to najczęściej w Indiach), wspaniałymi świątyniami buddyjskimi, ale przede wszystkim całkowicie innym, bardzo smacznym jedzeniem.
Dla mnie symbolem tajskiego jedzenia pozostanie Tom Yum - krewetkowa zupa, trochę jakby pomidorowa z dodatkiem cytryny, (!?) bardzo ostra. Ten smak jest dla mnie całkiem niepowtarzalny.
Na przykład w Nepalu można zjeść momo, coś co bardzo przypomina nasze pierogi. Odpowiednika Tom Yum nie znaleźliśmy jeszcze w żadnym innym kraju. 
Tom Yum
W wielu krajach azjatyckich najpopularniejszym sposobem odżywiania są tzw "garce". Każda pani domu ma prawo ugotować co tam jej najlepiej wychodzi, wystawić przed domem stoliczek z tymi garcami i......interes kwitnie. Posiłek można zjeść przy stoliczku lub wziąć zapakowane w woreczkach do domu. Jest to popularne do tego stopnia, że wielu Tajlandczyków w ogóle nie gotuje samodzielnie posiłków. Podstawą tych dań jest oczywiście ryż, do którego można kupić pysznie przypieczoną wieprzowinkę, kurczaka albo owoce morza. Regułą jest, że dobrać można sobie dowolną ilość zieleniny wystawionej na stole.
Tajlandzki okres naszej podróży nie był najintensywniejszym okresem odchudzania (obiady zdecydowanie nie były wegetariańskie), ale mimo to waga konsekwentnie, choć może nieco wolniej, spadała. Myślę, że było to  efektem  ograniczonych porcji (wskazówka 1), jedzeniu chleba z warzywami na śniadania i kolacje (wskazówka 2), dużej ilości ruchu jaki wymagany jest przy zwiedzaniu (wskazówka 3), ale także prostemu nie dojadaniu między posiłkami, co niestety było moją zmorą w Polsce.
 Siódma wskazówka dla szczupłych inaczej. Nie dojadać między posiłkami.
Często w przerwie między posiłkami przychodzi mi do głowy taka myśl.... a może bym tak coś zjadł..... Mając pod ręką kuchnię z lodówką sprawa jest prosta - chleb, masło, szynka, ser..... a kiedy zbliża się obiad, czy kolacja to tak z ręką na sercu muszę powiedzieć, że w zasadzie to nie jestem głodny. Gdy przychodzi mi do głowy myśl, że jestem głodny, powinienem zastanowić się czy ja naprawdę jestem głodny, czy tylko bym coś zjadł? Wypracowaliśmy podczas podróży taką metodę, że pierwszy sygnał "jestem głodny" - ignorujemy. O dziwo działa to tak, że zajmując się czymś zapominamy na jakiś czas o tym, że byliśmy głodni. Dopiero, kiedy pojawia się kolejny sygnał, zaczynamy się rozglądać za knajpką.
Strażnikiem mojej kuracji była Ewa, która pilnowała, bym nie podjadał między posiłkami i ogólnie ograniczała moją kreatywność w zakresie kulinarnym. Ale najważniejsze było to, że rozmawialiśmy o tym, wspierała mnie i cieszyła się ze mną moimi sukcesami.
Ósma wskazówka dla szczupłych inaczej. Nie bądźcie sami w waszej walce.
Dobrze jest, żeby wokół was były osoby, rozumiejące problem i wspierające was. Jeżeli będą wiedzieć, nie będą was wyciągać na lody, piwo ani proponować dodatkowej porcji.
Ewa tak na prawdę nie musiała się odchudzać, ale w początkowym okresie katowała się razem ze mną - żeby dać mi wsparcie. Jeżeli nie macie kogoś takiego, może warto poszukać "grupy wsparcia" w internecie, albo chociażby odezwać się do autora tego tekstu. Chciałbym jednak podkreślić, że nie jestem lekarzem ani dietetykiem jedynie facetem, który schudł 40 kg.
Jeżeli planujecie schudnąć 2-3 kg, to nie zrujnuje waszego organizmu. Jeżeli jednak to coś poważniejszego, dobrze jest porozmawiać z kimś, kto doradzi wam dietę odpowiednią dla waszego wieku, stanu zdrowia, przebytych chorób. Ja kilka lat temu uczestniczyłem w zajęciach dla szczupłych inaczej na katedrze dietetyki Śląskiej Akademii Medycznej. Sporo się nauczyłem, ale nie potrafiłem tego wdrożyć w życie.
Jedną z zasad, która nam wpajano jest liczenie kalorii. Bardzo to mądre, ale nigdy nie miałem cierpliwości do tego, a poza tym zawsze wychodziło więcej niż magiczne 1500 czy 1800 kalorii. Moja propozycja - zapisujcie, co jecie. My podczas podróży zapisujemy wszystkie wydatki, żeby mieć kontrolę nad naszym budżetem. Każdego dnia wieczorem robimy rachunek sumienia (podsumowanie wydatków), na co i ile wydaliśmy, wtedy też wychodzi ile zjedliśmy....
Wskazówka dziewiąta załóżcie sobie pamiętnik - zapisujcie dokładnie to, co zjedliście danego dnia. Nie ukrywajcie niczego, nawet kawy z cukrem (szczególnie, jeżeli to są 3 łyżeczki cukru). 
Nasze warzywne kanapeczki
To nie wymaga ani wielkiej matematyki, ani głębokiej wiedzy z dziedziny dietetyki. Po skończonym dniu, będziecie mogli sami ocenić, czy wykonaliście plan, ale nie załamujcie się, jeżeli zauważycie, że nie jest najlepiej. Jutro też jest dzień i kolejna szansa na zrzucenie nadmiernych kilogramów!
Z Tajlandii udaliśmy się do Laosu, kraju oficjalnie nadal komunistycznego, ale gdybyście o tym nie wiedzieli, to można by tego w ogóle nie zauważyć.Dominującą religią jest Buddyzm, z którym komuniści niegdyś walczyli, teraz wydaje się, że doszli już do porozumienia.
Laos to kraj rolniczy, wszędzie zauważyć można pola ryżowe i mężczyzn orających pola przy pomocy wołów.
W związku z powyższym najczęstsze jedzenie to ryż + coś lub zupka podobna do naszego rosołu, z makaronem i zieleniną. Takie zupki (nuddle soup) charakterystyczne są nie tylko dla Laosu, równie popularne są w Tajlandii i Kambodży. Dostępne w wersji kurczakowej, wołowej a także z kulkami rybnymi i oyster sosem, pogłębiającym rybi smak. W wersji oryginalnej zupki są delikatne w smaku, natomiast zasadą jest to, że na stole jest zestaw sosów oraz przypraw, które mogą zupełnie zmienić ich smak. Coś, co zdziwiło nas najbardziej, to cukier, który Tajlandczycy wsypują obficie do zupy, zdarzają się tacy, którzy dodają 5-6 łyżek!!!
Kambodża zaskoczyła nas bardzo smacznymi bagietkami. W Azji pieczywo jest mało popularne i nieszczególnie smaczne. Wyjątek stanowi właśnie Kambodża, gdzie Francuzi pozostawili po swojej kolonii tradycję (i technologię) wypieku bagietek.

Podsumowanie.
Po podróży przez Tajlandię, Laos i Kambodżę waga wskazała 98 kg. Czyli w ciągu 4 miesięcy schudłem 8 kg. Średnio 2 kg miesięcznie - to znacznie mniej niż w pierwszym etapie podróży, ale utrzymałem tendencję zniżkową.

1 komentarz: