poniedziałek, 5 marca 2012

Z wyspy na wyspę czyli jak płynęliśmy z Palawan na Bantayan

Jak już kiedyś pisaliśmy podróżowanie po wyspach filipińskich drogą morską nie jest łatwe i mało popularne wśród turystów, głównie ze względu na czas podróży. Komuś, kto przyjeżdża tu na 2 - 3 tygodnie prościej i szybciej jest lecieć samolotem 1 godzinę niż pyrkać jakąś 'bangką' 18 godzin.
Dla PINOYa czyli filipińczyka, to najczęstszy środek transportu i istnieje dość dobrze zorganizowana sieć środków pływających.

Ale w agencjach turystycznych, które nastawione są na sprzedaż lokalnych wycieczek i ewentualnie biletów samolotowych, nie da się na ich temat uzyskać zbyt wiele informacji. Zdarzyło nam się jednak spotykać uprzejmych ludzi, którzy wskazywali nam, gdzie przewoźnicy sprzedają bilety.
Po dotarciu tam, okazuje się, że obsługa ma inf. tylko dotyczące tego statku, na który sprzedaje bilety. Po naszym pytaniu:
- Jak płynąć dalej? - następuje ogólne zamieszanie - wszyscy są bardzo zdziwieni, że jakieś białasy zadają takie głupie pytania.
Koniec końców, przy pomocy Lonely Planet a trochę intuicji,  udało nam się jednak sporo popływać, zwiedzając przy tym parę wysp.

Ostatni rzut oka na Puerto Princesa
Plan zakładał, że chcemy się przedostać z wyspy Palawan na Bantayan. Dlaczego na Bantayan?
1. Dlatego, że tam mieszka Michał - Polak, który przeniósł się na Filipiny, założył tu rodzinę, wybudował dom i żyje tu od dwóch lat, bardzo fajnie o swoich przeżyciach pisze na blogu.
2. Dlatego, że tutaj byli Piotr z Pauliną, których spotkaliśmy wcześniej na innym promie. Swoją drogą to był niesamowity zbieg okoliczności, że gdzieś tu na końcu świata, przypadkiem spotkali się ludzie, których poznaliśmy mailowo lub w realu i wysyłają nam smsy, przyjeżdżajcie czekamy tu na was:))
3. A dlaczego by nie? W końcu co za różnica na jaką wyspę jedziemy?
Cała podróż zajęła nam 5 dni.
Najpierw promem z Palawan (Puerto Princesa) na wyspę Panay do Ilo Ilo.

Na tym statku spędziliśmy 2 dni i 2 noce.
Dwa dni i dwie noce na promie, z kilku godzinnym postojem na wyspie Cuyo.
Cuyo to malutka wysepka z piękną piaszczystą plażą, gdzie spotkaliśmy tylko kilku turystów (dokładnie 3) oraz wintersurfingowców. Tutaj po raz pierwszy jedliśmy dziwny dla nas, ale popularny na Filipinach deser "halo halo". To mieszanka różnych owoców, jakiegoś groszku, słodkich ziemniaków, różnokorolowych kawałków galaretek, na to wszystko daje się zmrożone kawałki lodu (w postaci bardziej śniegu niż lodu) i  mleko skondensowane. Po wymieszaniu wychodzi taka mleczna, zimna woda z kawałkami różności, nawet smaczna.
 Na drugi dzień dotarliśmy do Ilo Ilo, dużego miasta, gdzie znaleźliśmy nocleg i spędzili jeden dzień.
Katedra w Ilo Ilo
W większości miast na Filipinach właściwie nie ma nic ciekawego do oglądania, czasami jakieś pozostałości po Hiszpanach stare mury, forty lub kościoły. Jednak sztuka sakralna w Polsce i Europie jest tak dobrze rozwinięta, że tutejsze kościoły nie są w stanie nas zachwycić. W Ilo Ilo oglądaliśmy właśnie jedną z bardziej znanych i ładniejszych katedr. Dla nas bez rewelacji.
Zaskoczyło nas natomiast to, że miasteczko jest pełne szkół i uczelni, na ulicach tłumy uczniów, w różnych mundurkach.
Omamy słuchowe.

Prom, którym płynęliśmy z Puerto Princesa do Ilo Ilo miał trzy pokłady wypełnione pasażerami. Każdy pokład to rzędy łóżek piętrowych gdzie można w miarę komfortowo się przespać, na pokładzie jest też kantyna, która serwuje posiłki i napoje więc podróż jest całkiem przyjemna. Pierwsza rzecz, która nas ucieszyła po zaokrętowaniu i odnalezieniu naszych łóżek był fakt, że jesteśmy dość daleko od telewizora (ryczące telewizory to zmora podróży nocnymi autobusami). Dla zabicia czasu, pierwszego wieczoru graliśmy sobie w karty, a gdzieś w oddali panowie zabijali się na ekranie, w jakimś filmie walki. W pewnym momencie Adam stwierdził, że nic jeszcze nie wypił a  wydaje mu się, że słyszy polskie słowa. Ja potwierdziłam, że mam coś podobnego, od jakiegoś czasu wydaje mi się, że ktoś gdzieś krzyknął coś po polsku. Dodam, że na 100% byliśmy jedynymi białasami na pokładzie, więc spotkanie Polaków, chociaż się czasami zdarza, w tym wypadku raczej wykluczyliśmy. Adam przedstawił całą teorię, że to nasz mózg tak składa dolatujące dźwięki, że układają nam się w polskie słowa. No, tak, tak to możliwe... nasz mózg dziwnie działa...
Wróciliśmy do naszej gry i nagle naraz, jednogłośnie powiedzieliśmy: "wszyscy...słyszałeś(aś) to???" Zaczęliśmy się wsłuchiwać i wyłapywaliśmy te same polskie słowa. - To z telewizora?!
Rzuciliśmy karty i pędem do telewizora, rzeczywiście mówią po polsku!! To był jakiś głupkowaty film amerykański z polskim lektorem i filipińskimi napisami. Na całym statku byli tylko Filipińczycy i dwóch Polaków i akurat puścili film po polsku:)) Podekscytowani pochwaliliśmy się wszystkim wokół, że tam mówią po polsku.
Mimo, że film był głupkowaty a obraz strasznie śnieżył, pół filmu obejrzałam, Adam zrezygnował dużo szybciej:))
Na wyspie Negros.

Przypłynęliśmy do Bantayan
Z Ilo Ilo popłynęliśmy na następną wyspę - Negros do dużego miasta Bacolod, gdzie od razu szukaliśmy autobusu do Cadiz, skąd miał odpływać statek na Bantayan.
W porcie dopadł nas tłum taksiarzy i rikszarzy. To najczęściej tłum naciągaczy, którym zapłacisz o niebo więcej niż za przejazd jeepneyem.
Próbujemy się zorientować czy nie ma w pobliżu autobusu lub jeepneya. Bardzo szybko udało nam się znaleźć odpowiedni środek transportu, więc siedzimy zadowoleni i czekamy aż odjedzie. Kierowca zrobił najpierw rundkę wokół nawołując innych pasażerów po czym przyszedł i powiedział:
- No passengers ;-(
Czyli, że nie jedzie bo ma za mało pasażerów, rzucił jeszcze jakąś kosmiczną ceną, za która ewentualnie nas zawiezie. No i co tu robić? Wysiedliśmy i idziemy szukać następnego jeepneya, po drodze Adam próbował złapać stopa, ale bez sukcesów. W końcu podjechał jakiś tricykl i zaproponował, że za rozsądną cenę podwiezie nas do przystanku jeepneyów:))
Jeepneyem dojechaliśmy na dworzec autobusowy, a dalej bardzo porządnym autobusem do Cadiz.
W Cadiz okazało się jednak, że owszem statek na Bantayan kiedyś był, ale teraz już nie ma. Trzeba przemieścić się do następnego miasteczka  Sagay, a ponieważ było już późno więc znaleźliśmy nocleg i dalszy ciąg podróży przełożyliśmy na następny dzień.
 Czy zdążymy na statek do Bantayan?
Dowiedzieć się, o której odpływa jedyny w ciągu dnia, statek z Sagay do Bantayan nie było łatwo, informacje podawały godziny między 7 a 10 rano. W każdym razie wcześnie rano wsiedliśmy w autobus do Sagay i pełni nadziei że zdążymy, ruszyliśmy. W autobusie okazało się, że jedzie z nami jakiś Pinoy, który też ma zamiar dostać się do Bantayan, to nas uspokoiło, skoro on ma zamiar zdążyć to my też. Wszystko wydawało się pod kontrolą, dopóki nie zatrzymał nas po drodze wypadek - kolizja dwóch wielkich ciężarówek. Zderzyły się bardzo dziwnie bo tyłami, wyglądało to jakby zaczepiły się o ładunek wiozący na przyczepach.
 Północne tereny wyspy Negros, przez którą jechaliśmy, to wielkie plantacje trzciny cukrowej. Całą drogę oglądaliśmy pola trzcinowe oraz zbieranie, pakowanie i przewożenie trzciny. Na krótszych odcinkach wozi się ją za pomocą wozów zaprzęgniętych w woły, natomiast na dłuższe odcinki używa się wielkich ciężarówek, które są zapakowane po brzegi (a nawet poza brzegi) trzciną cukrową.
Takie to właśnie ciężarówki zatarasowały naszą drogę do Sagay.
Drzewo wdarło się do autobusu.
Kierowca razem z Panem K. zdecydowali, że spróbują przejechać rowem. Miejsca było tyle, że wydawało się, że rowerem nie da się przecisnąć a co dopiero autobusem!!! Powolutku, powolutku, autobus przesuwał się przechylony na lewą burtę i kiedy już wydawało się, że damy radę, autobus przechylił się jeszcze bardziej i konar jakiegoś drzewa wbił się w szybę. Szyba cała popękana, ale autobus, pomimo krzyku pasażerów i trzasku pękających szyb posuwa się dalej. Potem przyszła kolej na następną szybę i następną, na wszystkich zrobiły się sieci pajączków, ale przejechaliśmy! W korku, jaki powstał stało pełno kolejnych autobusów, ale nie wiemy czy odważyły się przeciskać w ten sam sposób widząc zniszczenia naszego autobusu

W każdym razie my, dzięki brawurowej decyzji załogi autobusu, zdążyliśmy na statek do Bantayan i już wieczorem mogliśmy popijać rum w towarzystwie polskich znajomych.
Podsumowanie czyli porady dla podróżników.
Promy i statki
Manila - Wyspa Busuanga (Coron Town) - ok. 900Php
Wyspa Busuanga (Coron Town) - Wyspa Palawan (El Nido) - 1000Php (ok. 8-9godzin) raz w tygodniu, sobota
Wyspa Palawan (Puerto Princesa) - Wyspa Panay (Ilo Ilo) - 950Php (dwie noce)
Wyspa Panay (Ilo Ilo) - Wyspa Negros (Bacolod) - 250 Php (ok. 2 godziny)
Wyspa Negros (Sagay) - Wyspa Bantayan (Bantayan Town) - 250 Php (2-3 godziny)
Wyspa Bantayan (Santa Fe) - Wyspa Cebu (Hagnaya) - 170 Php (ok 1 godzina)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz