czwartek, 28 maja 2015

Czy w Tajlandii nadal mamy stan wojenny?

Czy w Tajlandii nadal mamy stan wojenny?
Tak, mamy. Właśnie niedawno minęła rocznica wprowadzenia i póki co nic nie wskazuje na to, że sytuacja ma się zmienić. Rządzi nami generał a wojsko utrzymuje w kraju spokój tzn. zwolennicy partii ‘żółtych’ i ‘czerwonych’ siedzą cicho i czekają na ogłoszenie kolejnych demokratycznych wyborów. Ostatni stan wojenny (w 2006 r.) trwał półtora roku po czym wygrała po raz kolejny partia ‘czerwonych’. Rządy 'czerwonych' nie podobały się zwolennikom żółtych więc w listopadzie 2013 zaczęły się demonstracje i zamieszki. Po czym znowu ogłoszono stan wojenny, kilku ludzi zamknięto w więzieniach i teraz jest spokój.

poniedziałek, 18 maja 2015

SIEROCY BIZNES W NEPALU KWITNIE

Dzisiaj znowu będzie o Nepalu i sierocińcu. Dlaczego?
Ano dlatego, że w komentarzu pod postem o naszej pracy w sierocińcu w Kathmandu ktoś napisał „Czy to nie jest przypadkiem wasz Tamata?” i wysłał linka do artykułu o sierocym biznesie.
Historia akurat nie jest o „naszym” Tamacie ale artykuł bardzo mnie poruszył, dlatego postanowiłam o tym napisać. Właściciel sierocińca, w którym my pracowaliśmy bardzo możliwe, że jest spokrewniony z opisanym Tamatą, mają to samo nazwisko, pochodzą z tej samej wsi Darchula, obaj mieli też sierocińce w tej samej części Kathmandu – Lolitpur. W sumie to nieistotne,  takich Tamatów może tam być tysiące.
W skrócie artykuł opowiada o włoskiej wolontariuszce, która wydała ‘wojnę’ właścicielowi sierocińca w Kathmandu panu Tamata. Wojna to może duże słowo, ale skoro jak sama bohaterka pisze, grożono że ją zabiją i będąc w Nepalu ukrywała się w domach dyplomatów, to sprawa jest poważna.
Jeżeli nawet sprawa zakończy się wygraną czyli zamknięciem sierocińca pana Tamaty to i tak będzie to sukces pozorny. Panu Tamacie,  który ma ogromne ‘zaplecze’, jest więc nietykalny i tak nic nie grozi. Sprawa przycichnie a on utworzy sobie nowy sierociniec pod inną nazwą i dalej będzie prowadził sierocy biznes. Nie on pierwszy i nie ostatni.  W Nepalu już dawno odkryto, że to bardzo opłacalny biznes  więc  sierocińców przybywa jak grzybów po deszczu. 

poniedziałek, 11 maja 2015

Maszynka do zdawania prawa jazdy.

Po pół roku jeżdżenia samochodem Rajski uznał, że przydałoby się tajskie prawo jazdy. W zasadzie wszystkie znajome farangi pukały się w głowę i mówiły a po co ci to, wystarczy zawsze mieć przy sobie „upoważnienie do poruszania się po tajskich drogach” w postaci 200 Baht  (jak potrzebne dłuższe to coś dopiszemy :)
Prawdą jest, że w ciągu pół roku przejechaliśmy około 5 tyś km i pomimo licznych kontroli tajskiej policji nawet nasze „upoważnienie” nie było potrzebne. Wystarczyło wyciągać dowód rejestracyjny, polskie prawo jazdy i parę innych dokumentów, które zawsze mam pod ręką i najlepiej mówić do siebie po polsku.  A żeby zdezorientowany policjant nie stracił twarzy należy jeszcze zapytać o drogę do miejscowości do której właśnie jedziemy. A że ja zawsze siedzę z mapą na kolanach więc pokazuje na mapę i mówię nazwę najbliższego miasta. Wtedy zadowolony z siebie policjant (mógł pomóc farangom) pokazuje nam, że prosto. My uszczęśliwieni, że już wiemy jak mamy jechać bardzo dziękujemy no i jedziemy prosto. Tak to mniej więcej zawsze wyglądało.

wtorek, 5 maja 2015

Phu Kradueng, czyli ucieczka przed upałami.

Co robić jak temperatury przekraczają 40 st? Gdzie uciekać? Najlepiej w góry, tam zawsze chłodniej.
Kwiecień i maj to najcieplejsze miesiące w Tajlandii, nawet dla nas (zaprawionych w boju) robi się czasami nie do wytrzymania. 
Pamiętam, że kiedyś będąc  w południowych Indiach, w tym okresie też uciekaliśmy w góry z powodu upałów, wtedy to były Góry Kardamonowe (Munnar).
Tym razem zaplanowaliśmy Park Narodowy Phu Kradueng oddalony od nas około 250 km. To bardzo ciekawy i NIETYPOWY Park ponieważ nie da się do niego dojechać, trzeba dojść. Dojść nie oznacza małego spacerku ale dość męczącą trasę pod górę (około 4-5 godzin).