poniedziałek, 11 maja 2015

Maszynka do zdawania prawa jazdy.

Po pół roku jeżdżenia samochodem Rajski uznał, że przydałoby się tajskie prawo jazdy. W zasadzie wszystkie znajome farangi pukały się w głowę i mówiły a po co ci to, wystarczy zawsze mieć przy sobie „upoważnienie do poruszania się po tajskich drogach” w postaci 200 Baht  (jak potrzebne dłuższe to coś dopiszemy :)
Prawdą jest, że w ciągu pół roku przejechaliśmy około 5 tyś km i pomimo licznych kontroli tajskiej policji nawet nasze „upoważnienie” nie było potrzebne. Wystarczyło wyciągać dowód rejestracyjny, polskie prawo jazdy i parę innych dokumentów, które zawsze mam pod ręką i najlepiej mówić do siebie po polsku.  A żeby zdezorientowany policjant nie stracił twarzy należy jeszcze zapytać o drogę do miejscowości do której właśnie jedziemy. A że ja zawsze siedzę z mapą na kolanach więc pokazuje na mapę i mówię nazwę najbliższego miasta. Wtedy zadowolony z siebie policjant (mógł pomóc farangom) pokazuje nam, że prosto. My uszczęśliwieni, że już wiemy jak mamy jechać bardzo dziękujemy no i jedziemy prosto. Tak to mniej więcej zawsze wyglądało.

Upoważnienie do poruszania się po tajskich drogach ;-)
No ale Rajski uznał, że chce mieć tajskie prawo jazdy (tak naprawdę jest to jedyny dokument uprawniający do poruszania sie po Tajlandii samochodem) ...  niech mu będzie. Jeszcze się go trzymają europejskie przyzwyczajenia.
Dowiedzieliśmy się, że najpierw trzeba przetłumaczyć w polskiej ambasadzie jego prawo jazdy a potem zdać jakiś egzamin, który jest po tajsku. Sprawa wyglądała dość zawile ale co tam próbujemy, w końcu w Tajlandii wszystko można załatwić...
Najpierw przy pomocy znajomej, która zajmuje się tłumaczeniem szkolnych dokumentów z tajskiego na angielski (a bardziej przy pomocy jej pieczątki) załatwiliśmy tłumaczenie. Okazało się zupełnie wystarczające i odpowiednie. Załatwienie zaświadczenia, że Rajski jest zdrowy na ciele i umyśle aby jeździć samochodem poszło jeszcze szybciej. 
Teraz przyszedł czas na egzamin. Chodziły słuchy, że skoro jest po tajsku to ktoś musi pomagać, żeby go zdać. Inne wróbelki ćwierkały, że czasami nie wymagają od farangów zdawania egzaminu tylko jakiś film pouczający trzeba oglądać.
Ostatecznie w tej sprawie pomógł nam zaprzyjaźniony Taj, który miał zaprzyjaźnionego kolegę w  wydziale transportu. ‘Pan zaprzyjaźniony’  udzielał wszelkiej pomocy „przepychając” Rajskiego z jednego stanowiska do drugiego. W pewnym momencie w sali zrobił się ogólny ruch i wszyscy podeszli do dziwacznej maszyną ze sznurkami, przy której pani po tajsku wyjaśniła co należy robić, wszyscy kiwali głowami ze zrozumieniem, a Rajski zrobił zdziwioną minę ... ’ale o co chodzi?’.  Po czym ‘Pan zaprzyjaźniony’ zaproponował (gestem ręki), że jako pierwszy podchodzi do maszyny Rajski, tłum się rozsunął, wszyscy z tyłu, włącznie ze mną, wyciągnęli szyje żeby zobaczyć jak farang sobie poradzi. A farang (nie wiedząc ZUPEŁNIE o co chodzi) złapał za sznurki pociągnął trochę za lewy, trochę za prawy, pani zrobiła minę ‘jeszcze trochę’, więc pociągnął,  po czym pani zaklaskała w dłonie, brawo egzamin zdany! Tłum opanowała radość i rozluźnienie.

Potem jeszcze jedno stanowisko czyli zrobienie zdjęcia, opłata za wydanie dokumentu -250 Baht (ok 25 zł) i w ten cudowny sposób Rajski stał się szczęśliwym posiadaczem tajskiego prawa jazdy ;-) 

Teraz mamy wszystko co potrzeba.

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobre. Ciekawe po co te sznurki? To tylko możliwe w Tajlandii.
    Ja nie zdawałam żadnych egzaminów, tylko przedstawiłam dokumenty i po godzinie czekania (bo była przerwa na lunch) otrzymałam tajskie prawo jazdy.
    Pozdrawiam Asia - http://asiablog.co

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To raczej też trudno nazwać egzaminem ;-) A maszyna ze sznurkami (chyba) miała badać wzrok czy bardziej umiejętność oszacowania odległości, ale w końcu pani tłumaczyła po tajsku :-)

      Usuń