wtorek, 10 lipca 2012

O pracy w nepalskim sierocińcu, czyli z pamiętnika podróżnika.


Zanim rozpoczęliśmy przygodę z Bollywood i zamieszkaliśmy w Mumbaju, w naszej podróży po Azji dotarliśmy do miejsca, które wydawało nam się niezwykłe i gdzie postanowiliśmy zatrzymać się na dłużej. Był to nepalski sierociniec Children Welfare Home w Kathmandu. Nasz pobyt tam był niesamowitym przeżyciem, dlatego postanowiłam o nim napisać..
Zaproszenie dostaliśmy drogą meilową, zupełnie przypadkiem, jakieś trzy miesiące wcześniej. Czekało na naszej poczcie na odpowiednią chwilę. Wysłała je Maya, która była jednym z trzech założycieli sierocińca, osoba zaangażowana w sprawę pomocy dzieciom.
Sytuacja w sierocińcu (odsłona pierwsza):
Od Mayi uzyskaliśmy wiele informacji na temat CWH, według moich pamiętników dowiedzieliśmy się, że
"Children Welfare Home powstał w 1995 r., nie jest organizacją rządową, utrzymuje się tylko z dotacji osób prywatnych lub korporacji, głównie zagranicznych. Początkowo otrzymywali duże wsparcie, między innymi od turystów przybywających do Nepalu oraz Nepalczyków, którzy popierali to przedsięwzięcie. Wizyta założycieli w niektórych krajach europejskich pomogła znaleźć sponsorów, głównie w Szwajcarii.
Trzy lata temu sytuacja sierocińca znacznie się pogorszyła, część sponsorów, ze względu na obniżanie kosztów, zrezygnowała z dotacji, indywidualni sponsorzy również się wykruszyli. Sytuacja polityczna w Nepalu jest bardzo niestabilna, ciągłe walki o władze, strajki spowodowały spadek liczby turystów, a co za tym idzie również wolontariuszy i sponsorów.
CWH mieści się w trzypiętrowym, ładnym domu, pracuje tutaj 5 osób – 3 panie, które zajmują się dziećmi, kucharz wolontariusz i stróż, natomiast dzieci jest około 50, w wieku od roku do 18 lat."
Maya opowiadała o wszystkim z wielkim zaangażowaniem, mówiła jak bardzo kocha dzieci i chce zrobić wszystko aby im pomagać.
To było nasze pierwsze spojrzenie na sierociniec i jego założycieli. W miarę przebywania tam odkrywaliśmy nowe fakty, ale o nich za chwile...

Zbiórka przed wyjściem do szkoły
Dzieci:
Byliśmy tam ze względu na dzieci i przebywanie z nimi było czymś naprawdę fantastycznym, natomiast poczynania fundatorów i ich nie do końca szczere działania znosiliśmy z trudem.
Ponieważ ciągle słyszeliśmy o problemach finansowych o i tym, że brakuje pieniędzy domyślaliśmy się, że opłacane są rzeczy niezbędne, jak czynsz, energia, woda, skromne jedzenie oraz szkoła, która w Nepalu jest płatna. Oszczędza się natomiast na tym, co wydaje się być zbytkiem, czyli nowe ubrania, zabawki, pieluchy, słodycze, plecaki do szkoły, środki czystości czy chociażby malowanie ścian. 
Przebywały tam dzieci porzucone przez rodziców, odnalezione na ulicy, sieroty, lub dzieci z rodzin biednych i wielodzietnych, gdzie brakuje na ich utrzymanie. Mieszkając w sierocińcu mają gdzie spać, nie chodzą głodne i mogą się uczyć w szkole, czyli zaspakaja się ich najważniejsze potrzeby. Ale, no właśnie jest pełno ale…
Raj zajada dhal bat
Ich pokoje wyglądały przygnębiająco, maksymalnie wypełnione piętrowymi łóżkami, brudne ściany, brak szafek na rzeczy prywatne, których właściwie nie posiadały.  Dzieci najczęściej chodziły w potarganych, starych ubraniach, często bez butów.Wiem, trudno sobie to wyobrazić, ale część dzieci po prostu butów nie miała. Tzn, kiedyś miała, ale wyrosły z nich zużyły lub zgubiły.
Największe wrażenie robiły malutkie dzieci, które same o siebie nie zadbają, te w wieku od  roku do 4 lat, było ich 12. Spały po 2,3 w łóżeczku. Te które nie chodziły, cały czas leżały w kołyskach, nauczyły się same kołysać, trzymając rączką obręcz poza łóżeczkiem!
Te trochę większe przywiązywane były do łóżeczka, żeby nie wychodziły. O pieluchach można zapomnieć, maluchy miały jakieś szmaty i potargane, śmierdzące, najczęściej posikane spodnie, koszulki i sweterki, nie miały skarpet ani butów.
To, że płakały w swoich łóżeczkach było codziennością, nikt się tym nie przejmował, ciągle obsmarkane, ożywiały się tylko jak dostawały jedzenie, te najmniejsze wyglądały najczęściej jakby w ogóle nie reagowały na to co się dzieje wokół nich. 

Ganga ubiera małego Raju, który jest przywiązany za nogę do łóżeczka.
Nepalskie wychowanie
Przygnębiający widok jaki zastaliśmy w pokojach małych dzieci nie wynikał ze złej woli opiekunek, które prały, gotowały, sprzątały ale nie zajmowały się dziećmi poza podstawowymi czynnościami, dać jeść i od czasu do czasu przebrać. To jest inna mentalność, inna kultura, nepalski model wychowania dzieci. Większość rodzin, szczególnie na wsiach jest wielodzietna, mieszkają w jednej, czasami dwóch izbach, często brakuje na jedzenie, nie mówiąc o ubraniach czy zabawkach, w takiej sytuacji nikt nie przejmuje się, tym że dziecko płacze. Popłacze i przestanie. A przywiązywanie dwulatka za nogę do łóżeczka, żeby nie wychodził to podobno normalne.
Nikt na wsiach nie wysyła dzieci do szkół, rodziców nie stać na to.
Te dzieci miały szczęście, że trafiły do domu gdzie dostają jeść i mogą chodzić do szkoły.
My jesteśmy wychowani w innej kulturze i innych warunkach, więc od razu chcieliśmy chociaż trochę poprawić ich warunki życia, a niektóre rzeczy były dla nas szokujące i nie do przyjęcia.
Akcja malowania
System żywienia dzieci wyglądał w ten sposób, że dwa razy dziennie dostawały dal  bhat czyli  ryż z jakimiś warzywami i sosem z soczewicy, raz na tydzień w tym zestawie pojawiał się kurczak, oprócz tego raz dziennie snacki, brzmi dobrze, ale to najczęściej był tłuczony ryż, coś jakby bardzo ubogie musli.  
Maluchy natomiast dostawały  mleko, ryż z masłem i czasami ciastka. Najpierw byliśmy oburzeni, że dzieci dostają jeść tylko dwa razy dziennie: rano przed wyjściem do szkoły, potem wracają i około 16 dostają tylko snacki, a "normalne" danie dopiero o 18.00, przecież to za mało! Potem dowiedzieliśmy się, że w innych sierocińcach jest ten sam system żywienia, co więcej to jest normalne w Nepalu, ludzie tutaj jedzą dwa razy dziennie treściwy posiłek czyli dal bhat.

Nasze działania:    
Już po paru dniach naszej obecności, kiedy zaczęliśmy się z nimi bawić, brać na ręce, dzieci zaczęły się uśmiechać, to niesamowite jak bardzo widać było potrzebę przytulania, poklepania, pogłaskania.
Adam zaskoczył mnie totalnie tym jak na niego podziałały te maluchy, dwójkę po tygodniu chciał adoptować:) Siedział z nimi, brał na kolana, czasami trójkę na raz, wycierał im nosy i bawił się z nimi. Najmłodsze, które miało około roku nie umiało nawet siedzieć, Adam uczył je, jak ma to robić. (Dodam dla tych, którzy nie wiedzą, że normalnie już półroczne dzieci zaczynają siadać.)  Słabo odżywiane, były mniejsze i słabsze niż dzieci rozwijające się prawidłowo.
Wszystkie dzieci potrzebują chociaż odrobinę czułości, dobrego słowa, po prostu zauważenia, że są. Te starsze mówiły do nas sister i brother, ciągle słyszeliśmy jak nas wołają, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
Kupowaliśmy im czasami ciastka lub cukierki, maluchy dostały od nas  kredki i kartki do malowania, oczywiście każdy chciał mieć swoją kredkę na własność, więc zaczęły się walki.  Szybko zauważyliśmy, że każdemu trzeba coś dać, kupować musimy rzeczy małe i podzielne.
Zrobiliśmy akcje upiększania pokoi. Kupiliśmy farby, pędzle i krok po kroku malowaliśmy pomieszczenia, zaczęliśmy od jadalni, która wyglądała potem dużo weselej. Potem przyszła kolej na pokoje dziecięce, to była ogromna praca bo wszystkie były strasznie brudne.
Dzieci były bardzo zaangażowane, we wszystkim pomagały i bardzo się cieszyły, że coś się zmienia, pytały czy stoły i ławki też możemy pomalować. Zauważyliśmy, że jak to bywa wśród dzieci, jedne były bardziej pracowite inne robiły wszystko, żeby nic nie robić, ale nasze pochwały czyniły cuda i zachęcały do pracy, żeby tylko być zauważonym, wyróżnić się z tłumu, zasłużyć na dobre słowo...
Inną akcją, w celu upiększania, były konkursy malowania na papierze. Wszyscy chcieli, żeby jego rysunek znalazł się na ścianie, czasami były to bazgroły, a czasami ujawniały się całkiem niezłe talenty.
Zbiorowa kąpiel przy studni.
Ale chyba najważniejsze było dla nich wspólne spędzanie czasu, przy odrabianiu lekcji, przy grach w piłkę, pomoc przy umyciu włosów, wspólne posiłki.
W budynku były co prawda łazienki, ale nie było wody, jedynym źródłem wody była studnia, więc wszystkie mycia i prania odbywały się na dworze przy studni. Ciągle też trzeba było nosić wodę ze studni do łazienek. Nikt nie pilnował dzieci czy mają uprane ubrania, czy umyły włosy, zęby - same musiały dbać o siebie. A wiadomo jak to jest z dziećmi, wyobraźcie sobie 7 latka, czy nawet 10 latka, który musi zadbać o swoje ubrania, jak ich nie upierze to chodzi w brudnych. Nie mówiąc np. o zaszyciu dziury w spodniach.
Ponieważ zaangażowałam się w cerowanie ich ubrań, codziennie dostawałam nowe dziury do poszycia. Raz tylko odmówiłam. Po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że w sierocińcu mieszkają też osobiste dzieci opiekunek, które oczywiście są lepiej traktowane, dostają np. lepsze jedzenie, nie mówiąc o tym, że z samego faktu, że jest tu ich mama mają się lepiej od pozostałych. Raj to 6 latek, który był jedynakiem, mieszkał tam z mamą, a tata czasami ich odwiedzał. Kiedy Raj przyniósł mi stertę ubrań do poszycia powiedziałam mu, żeby dał mamie niech mu to poszyje. Przy tej okazji ze zdziwieniem stwierdziłam, że didi nie mają nawet igły i nici, pożyczały ode mnie.
Najbardziej wzruszające dla nas były chwile, kiedy dzieci, często nieświadomie, domagały się kontaktu lub okazywały wdzięczność za to, że jesteśmy, np.
Susita prezentuje swój rysunek
kiedy 9 letnia Susita podeszła do mnie na korytarzu, przytuliła się, nic nie powiedziała i poszła dalej. Kiedyś siedziałam na ławce i cerowałam ubrania a wokół biegały maluchy, w pewnym momencie usiadł koło mnie dwuletni Raju (taki mały diabełek, którego energia roznosiła), zdziwiłam się, bo on uwielbiał biegać, był najczęściej przywiązywanym dzieckiem, więc jak miał chwile wolności to cały czas był w ruchu. Usiadł koło mnie, wziął moją rękę i położył sobie na policzku, przechylił się do mnie i tak siedział, pogłaskałam go po głowie, przytuliłam i wzięłam się po chwili do szycia, ale Raju złapał mnie za rękę i znowu położył sobie na policzku, więc tak siedzieliśmy, aż mu się znudziło i poszedł biegać.
Listy jakie dostaliśmy na koniec od dzieci przetrzymuje do tej pory, nikt im nie kazał tego pisać. Niektóre dzieci nie potrafiły nic napisać więc są tylko rysunki, serduszka, domki i duży pan w okularach co trzyma za rękę malucha.

5 komentarzy:

  1. Wspaniały blog...
    Przy czytaniu artykułów o sierocińcu poryczałam się jak dziecko...
    Dla pani Mayi i pana Tomato (może raczej Potato, czy jak mu tam)w/g mnie należy się pokoik 2/2 z mało gustowną kratką w oknie...
    Państwu szczerze zazdroszczę...
    Indie to od lat moje wielkie marzenie, które mam nadzieję spełni się już w marcu 2013

    Magda z Lublina

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    również uważam, ze to fantastyczne blog. Z zainteresowaniem czyta się Państwa historie z podroży.
    W tym roku takze bylam w Nepalu i miesiac pracowalam w domu dziecka w Kathmandu.

    Mam pytanie, czy wiedzą Państwo jak wyglada adopcja dziecka z Nepalu? Jaki wymagania należy spelnic, aby sprowadzic takie dziecko do Polski?
    Będe wdzieczna za jakiekolwiek informacje
    kateee1007@gmail.com

    Pozdrawiam Kasia

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Kasiu! Z tego co piszesz wynika, że jesteś zainteresowana adopcją, to niezwykłe i odważne. Ciekawe jakie sa twoje doświadczenia z pracy w sierocińcu? W sprawie adopcji nie mamy doświadczenia, ale odezwę się do ciebie na maila...

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy to nie jest Wasz pan Tamata?
    http://kobieta.wp.pl/kat,65524,title,Sierocy-biznes-kwitnie,vid,16190927,wideo.html?ticaid=114d98

    OdpowiedzUsuń
  5. To nie "nasz" pan Tamata, ale może jakaś rodzina bo też pochodzi z Darchuli (tej samej wsi) a sierociniec mieli w tym samym miejscu w Kathamandu - Lalitpur. No i te same metody działania, dzieci zabierane z biednych rodzin, zarabianie na adopcji, nieuczciwość kosztem dzieci. Pewno to znane metody w Nepalu. Najgorsze, że przy obecnej tragedii znowu niejeden Tamata się wzbogaci bo świat będzie wysyłał pieniądze, żeby pomagać. Straszne to wszystko. Dlatego zawsze będę powtarzać: nie dawaj pieniędzy jeżeli nie wiesz gdzie tak na prawdę trafią. Po naszych doświadczeniach w Nepalu nigdy już tego nie zrobię.

    OdpowiedzUsuń