piątek, 13 lipca 2012

O pracy w nepalskim sierocińcu cd...



Jak działa wolontariat w Nepalu
Przez prawie dwa miesiące pracowaliśmy w nepalskim sierocińcu w Khatmandu.
Jak się potem dowiedzieliśmy “nasz sierociniec” pod jednym względem był wyjątkowy nie musieliśmy zapłacić za to, że tam pracujemy. Tak, tak to nie żart! Normą w Nepalu i Indiach jest to, że wolontariusze muszą płacić za prace w szkołach czy sierocińcach i to grube pieniądze. Za 2 tygodnie pobytu w sierocińcu w Nepalu stawka wynosi 200Euro/osobę, co tam wystarczyłoby na hotel z wyżywieniem. W zamian za to dostaje się bardzo skromne warunki noclegowe, czasami na wsiach spanie na materacu i wychodek na dworze oraz wyżywienie takie jak dostają dzieci czyli dwa razy dziennie dal bhat. Ale za to można pracować z dziećmi!
Ja jeszcze rozumiem, że trzeba zapłacić organizacji, która pośredniczy w skontaktowaniu cię z sierocińcem, załatwia formalności, odbierze cię z lotniska, zawiezie na miejsce, ale to nie o to chodzi. Jesteśmy w Nepalu, zgłaszamy się do sierocińca lub szkoły, pytamy o możliwość pracy wolontariackiej i dowiadujemy się, że stawki są takie a takie...
Poza tym często w sierocińcach właściciele za bardzo nie wiedzą co zrobić z wolontariuszem.  A pośrednicy, którzy ogłaszają się w internecie mylą pojęcie wolontariusz i sponsor. Najważniejsze dla nich jest dostać pieniądze, poza tym to taka osoba jest właściwie niepotrzebna.
Nam i wszystkim innym wolontariuszom brakowało jasnych reguł, nie wiadomo było czego od nas oczekują, nie było określone co mamy robić, a ciągle tylko słyszeliśmy, że brakuje pieniędzy i żeby coś dać. Wszystkie nasze działania podejmowaliśmy z własnej inicjatywy, sami wymyślaliśmy w czym możemy pomóc. Dopóki tam byliśmy wszyscy nowi przychodzili do nas pytać co mają robić, w czym mogą pomóc, to my organizowaliśmy ich pracę.
Według nas sierocińce i wolontariaty to wielki biznes, którego nikt nie kontroluje, nie sprawdza a właściciel może na tym zbić niezłą kasę, dlatego jeżeli chcecie pomóc uważajcie jak to robicie, komu dajecie pieniądze czy trafiają one na prawdę tam gdzie powinny?

Ganga
Ganga
Gdy ją poznaliśmy miała około 4 lata, była najstarsza w grupie 12 maluchów. Dzieci od 5 roku życia zaczynają chodzić do szkoły, więc przygotowywała się do tego, że za rok dostanie po starszych dzieciach mundurek szkolny, podręczniki i rozpocznie przygodę ze szkołą. Tymczasem jej dzieciństwo upływało w budynku sierocińca, którego właściwie nie opuszczała. Dziewczynka nie była sierotą, miała mamę, która opiekowała się młodszym rodzeństwem. Ganga była najstarsza i w wieku 2 lat trafiła do sierocińca, ponieważ jej mama żyła na ulicy i nie miała środków, żeby utrzymać wszystkie swoje dzieci, przestała też z córką utrzymywać kontakt.
Dla dziewczynki opiekunki stały się mamami, chociaż mówiła do nich "didi" co oznacza "starsza siostra". Próbowała natomiast do mnie mówić "mami", ale ją za każdym razem poprawiałam. W takiej gromadce trzeba uczucia, uściski i przytulania dzielić na wszystkich równo, nie można nikogo wyróżnić, dzieci są na to bardzo wyczulone i zazdrosne. Najstarsza z “maluchów” była bardzo samodzielna i pomocna, właściwie spełniała rolę opiekunki dla młodszych, pomagała przy praniu, ubieraniu i karmieniu.
 To był niesamowity widok, jak trójka 2-latków siedzi na dywanie i otwiera “dziuby” a 4 letnia Ganga ręką nabiera porcję ryżu i wkłada w otwarte buzie, a potem jeszcze je wyciera. Zauważyliśmy, że didi często się nią wyręczają, często było Ganga przynieś… , Ganga wynieś, posprzątaj, ale ona chyba czuła się przez to ważniejsza i potrzebna, ponieważ chętnie spełniała wszystkie polecenia. W początkowym okresie Ganga była moją instruktorką w postępowaniu z młodszymi, pokazywała mi gdzie są ubrania, jak przebierać dzieci, jak je karmić i gdzie mają spać.
Ganga z Ashmą
Pomyślcie tylko  4 latka, która uczy mnie, jak zajmować się małymi dziećmi!
Jej najczęstszą towarzyszką zabaw była trochę młodsza Ashma, wyglądały jak rówieśnice, ale podział ról był bardzo wyraźny, to Ganga była przywódcą tej bandy. Najtrudniejsza dla nas była ciągła ich rywalizacja, wszyscy chcieli być w centrum zainteresowania. Adam bawił się z nimi w fikołki, przewracanki, gilgotki i inne takie, ale nie można z wszystkimi naraz robić fikołków. Ganga była zawsze pierwszą, która się obrażała z tego powodu. Nie było to jednak marudzenie rozkapryszonej dziewczynki, w sierocińcach to się nie zdarza. Dzieci wiedzą, że płacz i marudzenie nic nie pomoże, nikt na to nie zwraca uwagi, a jak będą się stawiać, to jeszcze dostaną klapsa od didi. Życie w sierocińcach, szczególnie nepalskich nie jest łatwe, to ciągła walka o przetrwanie i tego maluchy uczą się bardzo szybko.

Bibek
Bibek i moje urodziny
Podczas pobytu w sierocińcu obchodziłam moje urodziny, kupiliśmy ciasto, świeczki urodzinowe, balony i zrobiliśmy przyjęcie. Dla dzieci to była duża atrakcja, a dla mnie niezapomniane urodziny. Ponieważ wszyscy o nich wiedzieli, już z samego rana zaczęły się “pielgrzymki” z życzeniami, a starsze dziewczyny zrobiły dla mnie wielki naszyjnik z kwiatów.
Odwiedzając inne sierocińce w Indiach, czy Nepalu dowiedzieliśmy, że w niektórych raz w miesiącu organizowane są przyjęcia urodzinowe dla wszystkich solenizantów z danego miesiąca. Niestety w “naszym” sierocińcu tego zwyczaj nie było.
Bibek częstuje ciastem urodzinowym
Bardzo szkoda, dlatego że dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci z sierocińca, urodziny, to taki dzień, w którym czują się wyróżnione, to ICH dzień. Zrozumieliśmy to na przykładzie Bibka. Bibek był 100% sierotą, dzieckiem ulicy. Znaleziono go wychudzonego, głodnego i bez rodziny, trafił do CWH, gdzie w kartotekach wpisano jego datę urodzin. Miał 7 lat i wiedział kiedy się urodził. W dniu jego urodzin dzieci powiedziały nam, że Bibek jest smutny, bo nikt nie obchodzi jego urodzin. Oczywiście kupiliśmy mu jakiś prezencik, ale to pocieszyło go to tylko na chwilę.
Kiedy zapraszałam wszystkich na moje przyjęcie urodzinowe, ogłosiłam też, żeby zgłosili się do mnie listopadowi solenizanci, to zrobimy wspólne przyjęcie dla wszystkich. Pierwszy przyleciał Bibek. Był bardzo nieśmiały i nie bardzo mówił po angielsku, ale wydukał, że on ma urodziny właśnie w listopadzie! Potem kiedy stał na środku razem ze mną i dmuchał świeczki na cieście urodzinowym był bardzo przejęty, a wszyscy specjalnie dla niego zaśpiewali “Happy birthday to you”.
Myślę, że tak jak ja, będzie długo pamiętał ten dzień

Sytuacja w sierocińcu (odsłona druga)
W miarę upływu czasu, mieszkając i żyjąc z dziećmi, zauważaliśmy pewne sytuacje, które stawiały właścicieli w innym świetle, a to co mówili starsi wychowankowie, nie zawsze zgadzało się z tym co opowiadała Maya. Często to były mało ważne sprawy, ale nie rozumieliśmy dlaczego Maya nas okłamuje? Na pytanie o wolontariuszy, bardzo narzekała, że na początku pojawiali się często, ale teraz od roku nie było żadnego. Tym czasem od starszych dzieci dowiedzieliśmy się, że miesiąc przed nami była jakaś wolontariuszka Jola i to z Polski!! Na pytanie o to, Maya bardzo się zmieszała i nie chciała nic powiedzieć…… !!!???
Najbardziej o stosunku właścicieli do dzieci, mówiły ich reakcje. Już po tygodniu przebywania z maluchami, jak tylko pojawialiśmy się w ich pokojach natychmiast buzie się im śmiały, a ręce wyciągały do góry. Tymczasem Maya przyjeżdżała do sierocińca średnio co dwa dni, spędzała tam około godziny może dwie, kiedy odwiedzała pokoje maluchów, traktowały ją jak obcą osobę. Z pozostałymi właścicielami było jeszcze gorzej. Główny szef pan Tamata, pojawiał się raz w tygodniu albo rzadziej, a dzieci to chyba w ogóle go nie znały. Była jeszcze jedna osoba, tajemnicza pani X, która potem okazała się być pierwszą żoną pana Tomaty, Maya była drugą.

Kolejną dziwną sprawą były problemy Mayi ze stroną CS. Informacje o CWH i zaproszenie do przyjazdu dostaliśmy właśnie za pośrednictwem strony CS. Uważaliśmy, że to wspaniały sposób przyciągnięcia nowych wolontariuszy, a ponieważ, jak twierdziła Maya, zawieszono jej stronę(???), Adam zaangażował się w przygotowaniu dla niej nowego profilu. Dzięki temu w czasie naszego pobytu, sierociniec odwiedziło kilku nowych wolontariuszy, co uważaliśmy za nasz sukces!
Zastanawialiśmy się dlaczego zawieszono stronę CS, nigdy o czymś takim nie słyszeliśmy, jedynie właściciel może to zrobić sam, ale Maya twierdziła inaczej...Tak swoją drogą nowa strona, zrobiona przez Adam też już nie działa, czyżby właściciele CS uwzięli się na Mayę??? A może dostaje jakieś negatywne komentarze i sama usuwa te strony???
Odrabianie lekcji
Najtrudniejszą i najbardziej nieprzyjemną kwestią dla nas było ciągłe wołanie o pieniądze. Po jakimś czasie nabraliśmy wrażenia, że działanie wolontariuszy jest w zasadzie dla nich niepotrzebne i nieistotne, najważniejsze to wyciągnąć od nich pieniądze. Działali na kilka frontów, Maya wołała o pieniądze np. na zakup ubrań, a didi pokazywała, że skończyła się wazelina i żeby dać pieniądze na zakup nowej, albo przychodziła i mówiła, że Maya powiedziała, że my damy pieniądze na kurczaka na obiad??? My oczy jak 5zł, o niczym takim nic nie wiemy? Oczywiście potem Maya się wypierała, że nic takiego nie powiedziała, ale kurczaka kupiliśmy.
Według nas mylili pojęcia wolontariusz i sponsor! Szybko doszliśmy do wniosku, że nie będziemy dawać pieniędzy tylko według własnego uznania kupować coś dzieciom. Taką informację przekazywaliśmy wszystkim nowo przybyłym, jeżeli chcesz pomóc lepiej kup worek ryżu, albo skarpetki, ale nie dawaj pieniędzy, nigdy nie wiesz na co zostaną przeznaczone.
Właściwie wszystkie rozmowy w założycielami zaczynały się i kończyły o pieniądzach. Próbowaliśmy się w takim razie dowiedzieć, ile mają wpływów, ile wydatków i kto pilnuje i rozlicza na co przeznaczane są pieniądze, ale to były tematy tabu, właściwie to nie nasza sprawa, ale to wszystko zrażało nas to właścicieli sierocińca.
Skoro ciągle brakowało pieniędzy na wszystko i bez przerwy słyszeliśmy o tym, że ostatni sponsor zapowiedział, że rezygnuje z dotacji, to nie mogliśmy pojąć po co utrzymują samochód z prywatnym kierowcą i dlaczego szef, pan Tomata zamęcza nas opowieściami, że chcą kupić ziemię i wybudować dom gdzie przeniosą sierociniec.

Sytuacja w sierocińcu (odsłona trzecia)
Po ośmiu miesiącach nasze podróżnicze ścieżki znowu nas zawiodły do Kathmandu, pojechaliśmy więc odwiedzić “nasz sierociniec”. Z maili jakie do nas docierały wiedzieliśmy, że jakiś chłopiec w sierocińcu miał wypadek, poraził go prąd gdy przykręcał żarówkę i trafił do szpitala.
Na początku zdziwiło nas, że zdjęto duży szyld z nazwą sierocińca. Późniejsze nasze wrażenia w czasie tych odwiedzin były trochę szokujące. Mała grupka dzieci siedziała przed telewizorem i za bardzo nie reagowała na nasze pojawienie. Na nasze głośne “dzień dobry” parę głów się odwróciło i coś tam wymamrotało. Nie takiego przywitania się spodziewaliśmy.
Ganga i Ashma
Z 12 osobowej grupki maluchów została tylko czwórka najstarszych, reszta poszła do adopcji. Pomyśleliśmy, że to dobrze dla tych dzieci, może znalazły rodziny, w których będą kochane, z drugiej strony wiedzieliśmy, że to niezły biznes dla właścicieli sierocińca, na którym się bogacą.
Wkrótce pojawiła się Maya ze swoim mężem. Po krótkiej rozmowie, co słychać, dlaczego jest tak mało dzieci… niechętnie ale przyznała, że chłopiec, który miał wypadek zmarł i … wiele dzieci wróciło do swoich rodzin, a oni przenoszą się do innego budynku, mniejszego, ten jest za drogi… poza tym kupili ziemię i chcą budować swój budynek, żeby nie płacić czynszu… Powoli zaczynaliśmy rozumieć co się dzieje. Wyglądało na to, że mają jakieś kłopoty z powodu śmierci chłopca. Widocznie zapowiedziano dzieciom, że mają z nami na ten temat nie rozmawiać, stąd takie powitanie. Albo rzeczywiście mieli zamiar przenieś się do innego budynku, albo zamykali sierociniec o czym nam nie chcieli powiedzieć. Atmosfera była napięta i nieprzyjemna, więc z pewną ulgą opuściliśmy ten budynek rozdając prezenty i żegnając się z dziećmi. Jak to zwykle bywa rozgrywki między dorosłymi znowu odbiły się na dzieciach…

4 komentarze:

  1. Ciekawe co ci wlasciciele sierocinca kombinowali, i co stanie sie z dziecmi, jesli osrodek zostanie zamkniety. Miejmy nadzieje, ze polepszy im sie troche zywot.
    Na widok malych dzieci przywiazanych do lozeczka serce mi sie kraja, i chcialoby sie im pomoc, tylko jak? Jak sami zauwazyliscie, pieniadze nie sa tam dobrze wydawane i nie wiadomo na co ida wplacane darowizny .

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeżeli ośrodek został zamknięty dzieci wróciły do swoich rodzin (większość miała rodziny)albo zostały przeniesione do innych sierocińców, których w Khatmandu jest bardzo dużo. Nie wiemy co tam się dzieje teraz. A jeżeli chodzi o pomoc to zawsze powtarzamy, że lepiej jest wysłać paczkę z ubraniami, zabawkami do ośrodków czy organizacji niż wysyłać pieniądze na konto, niestety po naszych doświadczeniach straciliśmy do nich zaufanie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobno Nepal jest zagłębiem dziecięcej prostytucji. Niestety ta wiadomość mocno mi się skojarzyła po Waszej relacji. Oby to było tylko skojarzenie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety też o tym słyszeliśmy, nawet o aferach jakie wybuchały wokół sierocińców. Nie dotyczyło to oczywiście "naszego sierocińca", tam były inne problemy.

    OdpowiedzUsuń