niedziela, 1 kwietnia 2012

Na Filipinach bywa niebezpiecznie.


Rozbita szyba autobusu.
Kiedy dowiedzieliśmy się, że z południa Luzonu a dokładniej z Ligao można przejechać do Manili pociągiem, od razu spodobał nam się ten pomysł. Tym bardziej, że okazało się, że większość Filipińczyków nie wie nawet o istnieniu takiego pociągu! W przewodniku było napisane, że pociąg startuje z Legaspi, ale jak się okazało jakiś most się zawalił i nie opłaca się go naprawiać i teraz podróż można zacząć w oddalonym o około 40 km Ligao.
Pociąg jest bardzo nowoczesny, ma ładne i wygodne welurowe siedzenia a toaleta jest znacznie czystsza niż w polskich pociągach. Zachęceni tym początkiem usadowiliśmy się wygodnie i.... ruszyliśmy.
Filipiński pociąg.
Od razu pierwszy szok. Choroba morska to coś, co z reguły dopada człowieka na morzu, ale nasz pociąg kołysał się znacznie bardziej niż statki podczas sztormu. Huśtał się na wszystkie strony, trząsł się i podskakiwał. Dziury na torach ?! Nie słyszeliśmy jeszcze o czymś takim, ale ....doświadczyliśmy tego. Oczywiście, jako doświadczeni podróżnicy powiedzieliśmy sobie, "cóż to dla nas". Ale okazało się, że to był dopiero początek przygody.
W pewnym momencie w pociągu rozległ się głośny huk. Atak terrorystyczny? Po chwili nastąpiły następne grzmoty. Nagle coś walnęło w metalową kratę za oknem, dokładnie na wysokości mojej głowy, powodując znaczne wgięcie kraty. Rozglądaliśmy się wokół, ale na nikim to nie zrobiło specjalnego wrażenia . Ludzie pozamykali okna i siedzieli jak gdyby nigdy nic.
Okazało się, że kolejnym sportem narodowym Filipińczyków jest rzucanie w przejeżdżający pociąg czym tylko się da. Widać lokalnej ludności nie podoba się ten żelazny smok przemykający z łoskotem obok ich sielskich domostw!
Podczas całej podróży przeżyliśmy jeszcze kilka skomasowanych ataków. Widać Pinoye ustawiają się w szpaler, żeby "przywitać" przejeżdżający pociąg. Po północy ataki ustały - partyzanci udali się na zasłużony odpoczynek.
Około 4 rano stanęliśmy, jak się wydawało z naszego okna po środku dżungli. Okazało się, że  pociąg potrącił jakieś dziecko. Jak nam powiedziano, potrącenie nie było śmiertelne, a chłopca zabrano do szpitala.
No, to teraz już rozumiemy skąd tak nieprzychylny stosunek Filipińczyków do kolei żelaznej....
Łączne opóźnienie pociągu wyniosło ponad 3 godziny. No cóż... i tak nieźle.
Nie chcąc spędzać nocy w Manili postanowiliśmy w  dalszą podróż (do Banaue) udać się nocnym autobusem.  
Nocne autobusy są tutaj najczęściej klimatyzowane i całkiem nowoczesne. Po kilku godzinach jazdy, kiedy już całkiem dobrze się umościliśmy i zapadliśmy w sen obudził nas głośny huk. Zderzyliśmy się z czymś?......atak terrorystyczny......? Poniekąd. Atak, ale nie terrorystyczny a idiotyczny. Kiedy autobus stanął okazało się, że ktoś rzucił kamieniem w szybę 50cm od miejsca, gdzie siedziała Ewa. W szybie była spora dziura a wszystko wokół zasypane odłamkami szkła. I znów nikt nie jest zdziwiony ani zdenerwowany. Nikt nie dzwoni na policję. Kierowca wziął kawałek tekturki i usiłował zatkać dziurę, z mizernym zresztą skutkiem. Dalsza podróż odbyła się wśród rozbitego szkła i z wiejącym z dziury wiatrem.
Pisząc o zagrożeniach porwaniami na Filipinach (ten temat znamy bardziej teoretycznie) nawet nam do głowy nie przyszło, że staniemy oko w oko z realnym zagrożeniem jakim są Filipińczycy. Nie terroryści, ale zwykli, choć bardzo głupi ludzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz