środa, 22 sierpnia 2012

Kurorty górskie w Indiach - Munnar


Najbardziej znane kurorty górskie znajdują się oczywiście na przedgórzu Himalajów, na północy Indii. Założone i rozbudowywane przez Brytyjczyków, którzy zmęczeni nieznośnym indyjskim upałem szukali tam ochłodzenia. Takie miasta jak Shimla (Szimla), Manali, Riszikesz do dzisiaj są oblegane w czasie upałów. A Szimla, uważana za królową górskich, himalajskich kurortów to miejsce gdzie „wypada bywać”, trochę jak nasze Zakopane. W okresie brytyjskiej kolonizacji tutaj właśnie przenosił się rząd w okresie letnim. Co roku ogromne karawany papierzysk i brytyjskich biurokratów przybywały tu z Delhi.
Ale dzisiaj chce napisać o innym górskim kurorcie, położonym na przeciwnym biegunie Indii, na południu. Na granicy Kerali i Tamilnadu znajdują się Góry Kardamonowe gdzie można znaleźć przepiękne, małe miasteczko Munnar. Zaraz obok w następnym paśmie górskim jeszcze bardzie znaną, ale jak dla nas mniej ciekawą miejscowość Ooty (Uty).
Munnar
Dlaczego zachwycił nas Munnar?
-bo to małe miasteczko, a takie lubimy,
-bo kiedy wszędzie temperatury dochodziły do 50 st., tam było chłodnej, znowu mieliśmy ochotę napić się gorącej herbaty czy kawy, wziąć gorącą  kąpiel, wiatraki, klimatyzacje nie były potrzebne, a wieczorem wyjmowaliśmy kurtki,
-bo zachwycają nas widoki plantacji herbacianych, takie  pluszowo aksamitne góry pokryte wzorkami, widzieliśmy to już na Sri Lance, w Malezji, na północy Indii i nadal nas zachwyca,
-bo robiliśmy sobie górskie wycieczki, a takie lubimy.

Autobusy w indyjskich górach!
Ponieważ największą atrakcją Munnaru są góry i plantacje herbaciane należy wybrać się na wycieczkę. Można w tym celu ulec namowom namolnych rikszarzy i jechać z nimi, wybrać się autobusem, stopem, lub na nogach, albo połączyć  trzy ostatnie formy, tak właśnie my robiliśmy. Indyjskie „ledwo jeżdżące” autobusy mają tam na prawdę pod górkę, na serpentynach, „agrafkach”, wąskich dróżkach, gdzie nie widać czy coś jedzie z przeciwka podstawą jest trąbienie. Właściwie taki autobus cały czas trąbi. Z mijankami jest ciągle problem, czasami trzeba się cofać bo innej możliwości nie ma. Trzeba jeszcze dodać, że autobusy często  nie mają drzwi, a jak nawet mają to i tak są otwarte, no i oczywiście często się psują.
 Doświadczyliśmy tego już jadąc do Munnaru, nasz pojazd mechaniczny co jakiś czas odmawiał posłuszeństwa. Kierowca z panem kierownikiem otwierali wielką klapę, pod którą krył się silnik i grzebali coś zawzięcie, po czym autobus ruszał, ale po chwili znów się krztusił i stawaliśmy, znów kierowca wchodził prawie cały do komory silnikowej próbując coś naprawić. W końcu musieliśmy się przesiąść do innego autobusu. Zdarzało nam się potem widywać takie obrazki - stojący autobus i grupka ludzi, którzy próbują złapać jakiegoś stopa. Ale jak już taki pojazd jedzie, to jak szalony, trzeba się mocno trzymać na zakrętach, żeby przez te otwarte drzwi nie wylecieć. Razu pewnego nasz autobus z trudem próbował ominąć pracującą koparkę, kiedy nagle przyhaczyła ona o jakieś przydrożne drzewo, które runęło przed maską naszego pojazdu. Nikomu nic się nie stało, ale usuwanie drzewa zajęło jakiś czas.
Okolice Munnaru
Inną atrakcją naszych wycieczek było łapanie stopa, nie było łatwo, bo Indusi jak już jeżdżą na wakacje to całymi, bardzo licznymi rodzinami, co oznacza, że ich samochody są zapełnione na maksa. Ale ponieważ dwoje białych idących sobie po ulicy to duża atrakcja, więc udawało się nam wepchnąć do środka co oznaczało, że dwoje innych musiało zawisnąć poza autem. Kiedyś zatrzymał się nam autobus wiozący wycieczkę szkolną, to było ogłuszające przeżycie. Po pierwsze ze względu na ryczącą muzykę, po drugie przekrzykujące tą muzykę lawiny pytań, do tego wszystkie komórki uruchomione, każdy chciał mieć z nami zdjęcie. Wysiedliśmy oszołomieni.... ale cieszyliśmy się życzliwością Hindusów.
Wszystko było fajne: widoki, wycieczki, jedzenie, jedna tylko wyprawa nas rozczarowała, skusiliśmy się na treking w góry z lokalnym przewodnikiem Mano.
Przystanek u Mano.
Będąc na wycieczce do Top Station w okolicznym barze znaleźliśmy ofertę Mano, rzekomego przewodnika górskiego, który to  zapraszał do swojego domu w gościnę obiecywał też, że zabierze nas  na wyprawę w góry gdzie możemy zobaczyć dzikie słonie i tygrysy. Do skorzystania z oferty skłoniły nas niezwykle życzliwe wpisy podróżników różnych narodowości również  z Polski w „księdze Mano”.
Miał być treking w góry – był tylko spacer między plantacjami herbaty.
Mieliśmy zostać 3 dni – byliśmy tylko 1 dzień.
Mieliśmy zobaczyć tygrysa – nasłuchaliśmy się tylko opowieści o nim.
Miała być przygoda i była!
Może kiedyś Mano był ciekawym i tanim przewodnikiem po okolicznych górach (jak wskazywały wpisy w księdze którymi się chwalił),  ale teraz stał się bardziej biznesmenem próbującym wyciągnąć jak najwięcej kasy. Turyści stali się dla niego maszynką, która sypie pieniędzmi. My jednak okazaliśmy się maszynką, która się zacięła... 2400Rs (170zł) za jeden dzień pobytu w jego domu, w bardzo skromnych warunkach, to dla nas stanowczo za dużo! Adam wytargował  1000Rs, co i tak według nas było za dużo. Potem okazało się, że za tą cenę to jemu się nie chce z nami iść na żaden dłuższy treking, wziął nas tylko na spacer po okolicy (tyle to mogliśmy sami zrobić). Mano stwierdził, że musimy poczekać aż pojawią się w jego domu inni turyści (w domyśle, którzy lepiej zapłacą), to możemy wybrać  się gdzieś dalej większą grupą. W ten sposób szybko zakończyliśmy naszą wyprawę pt. "Treking w górach".
Mano, jak sam się przyznał, jest analfabetą, a angielski zna tylko ze słyszenia, więc rozmowa z nim to była kolejna droga przez mękę, jego słowa pseudo ang. trudno było często skojarzyć  z czymkolwiek. A czarę goryczy dopełnił jeszcze kiedy rano, po zapłaceniu mu umówionych 1000 Rs, już nie dostaliśmy wcześniej obiecanego śniadania.
Babcia w okularach słonecznych
Ale przygoda była! A jakże! Spanie w izbie, w której walący się sufit podtrzymywany był jakimś przybitym plakatem reklamą z wielką twarzą dziecka. Wycieczka na plantacje herbaty, widoki wspaniałe, zdjęcia piękne i powrót po zmroku z latarkami oraz z Mano, który w trakcie wyprawy odwiedził znajomego gdzie uraczył się jakimś piwem. Stał się potem jeszcze bardziej niezrozumiały i jeszcze bardziej męczący ze swoimi opowieściami jak to tutaj widział tygrysa, który zjadł krowę, a tam było stado dzikich słoni. Po powrocie zaproszono nas do ich izby, która jednocześnie była sypialnią i kuchnią, spała tam cała rodzina z trójką dzieci i babcią. Siedzieliśmy na kocach rozłożonych na klepisku, dostaliśmy ryż z ziemniakami, ale okazało się, że w domu nie ma łyżek. Mieliśmy więc pierwsze w życiu próby jedzenia rękami, co wzbudzało radość wśród dzieci. Mały Kartik zapałał dużą sympatią do Adama, a szczególnie jego długiej brody, wołał na niego Tata Christmas i ciągle próbował sprawdzać czy to prawdziwa broda. A babcia, jak zobaczyła moje okulary słoneczne ciągle coś żywiołowo mówiła, machała rękami i pokazywała na nie, jak się w końcu domyśliłam, chodziło jej o to, że też by takie chciała, więc dostała jedne, które miałam w zapasie.
Do słynnej „księgi Mano” z wpisami gości nie dane nam się było już wpisać, widocznie gospodarz uznał, że nasz wpis nie będzie przepełniony pochwałami;-)







2 komentarze:

  1. Swietna opowiesc! Alez tam zielono :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny punkt na mojej trasie... o ile dotrę ;)

    OdpowiedzUsuń