piątek, 25 lipca 2014

O tym jak zgrzeszyłam dotykając mnicha długopisem.



W naszej tajskiej przygodzie z uczeniem angielskiego zdarzyło nam się, że przez 3 miesiące uczyliśmy mnichów. Dokładnie to Rajski uczył bo mnie jako kobiecie nie wolno, ja w tym czasie miałam lekcje z ‘zakonnicami’ oraz dziećmi z okolicznych wiosek.
Rzecz się działa w świątyni, którą początkowo często odwiedzaliśmy gościnnie. Pisaliśmy o niej TUTAJ. Za każdym razem jak tam przyjeżdżaliśmy, mnich który przedstawił się jako Jon i mówił po angielsku,  zapraszał nas przed oblicze ‘najważniejszego mnicha’ i tłumaczył, że jego szef chce, żebyśmy  uczyli  go angielskiego.
Trochę trudno wyobrazić  sobie, że obcokrajowiec uczy angielskiego kogoś kto nie mówi ani słowa w tym języku, ale zawsze grzecznie odpowiadaliśmy, że owszem  jak będą chcieli to niech do nas zadzwonią.  I tak sytuacja powtarzała się parę razy, aż w końcu spotkaliśmy tam kiedyś nasza tajską koleżankę z pracy Poon, która przyjeżdżała tam uczyć  chińskiego i stwierdziła, że może nam służyć  za kierowcę.  Tak to się zaczęło. To było bardzo ciekawe doświadczenie, przy okazji którego sporo dowiedzieliśmy się o zwyczajach panujących w klasztorze.
Poon wytłumaczyła nam, że przed ‘najważniejszym mnichem’ trzeba uklęknąć i trzy razy bić pokłony głową do ziemi na dzień dobry i potem na do widzenia. Oczywiście nikt nas do tego nie zmuszał. Jako farangi wystarczyło, że siadaliśmy (zawsze ze stopami do tyłu!) i  oddając respekt  kłanialiśmy się.  Pokazanie spodu stóp jakiemuś człowiekowi to wielka obraza w Tajlandii, zawsze trzeba siadać z nogami podwiniętymi pod siebie.  Podobnie przed obliczem Buddy.
‘Najważniejszy mnich’ siedział z reguły na podwyższeniu a wszyscy odwiedzający goście  przychodzili, bili pokłony, składali dary i słuchali krótkiego wykładu. My również co tydzień uczestniczyliśmy w takim obrządku, oczywiście nie rozumiejąc ani słowa z wykładu. Potem ‘najważniejszy mnich’ rozdawał sznureczki na rękę, które mają zapewnić pomyślność.   I tu ciekawostka, mnich nie może dotknąć kobiety nawet za pośrednictwem jakiegoś przedmiotu, tzn nie może jednocześnie z kobietą trzymać  np. książki. Czyli nie może nastąpić tradycyjne podanie, czyli ja ci daję a ty odbierasz. Mnich musi  puścić dany przedmiot szybciej niż ja go dotknę.  Pierwszy raz kiedy w ten sposób mnich podawał mi święty sznureczek  myślałam, że chyba prąd go kopnął tak szybko cofnął rękę upuszczając sznureczek. Łatwiejszym sposobem jest po prostu rzucanie sznureczkami w wiernych, czasami można również oberwać  długopisem, jeżeli ‘najważniejszy mnich’ jest bardziej hojny.
Nasze lekcje prowadziliśmy na tarasie, gdzie ustawiano tablicę i krzesła. Obok siebie siedzieli mnisi i pozostali którzy przyszli czyli dzieci i zakonnice. Lekcje prowadziliśmy na zmianę trochę ja, trochę Rajski. Przy czym Rajski mówił do mnichów a ja do reszty ;-)
Razu pewnego w ferworze „walki” chciałam na szybko pokazać jakiś długopis, tłumacząc co znaczy słowo ‘pen’. Ponieważ  zaraz przede mną siedział mnich, który pisał długopisem więc dotknęłam jego długopisu tłumacząc, że to jest ‘pen’. Mnich się wzdrygnął, wszyscy pozostali zaczęli krzyczeć , a ja w tym momencie sobie uświadomiłam jaki to grzech popełniłam i zaczęłam przepraszać. No cóż było już za późno, bardzo grzeszna się nie czułam, ale biedny mnich pewno musiał się wyspowiadać ;-)
‘Zakonnice’ które uczestniczyły w naszych lekcjach ubrane były całe na biało i były singlami. Jak się dowiedzieliśmy, każda samotna kobieta może przez jakiś czas być  taką ‘zakonnicą’  czyli zamieszkać na jakiś czas w klasztorze. Nie wiąże się to z żadnymi ślubami. Jest to czas kiedy kobieta chce poświęcić na medytacje a przy okazji pomaga w codziennych pracach w klasztorze, czyli sprząta i gotuje.  Właściwie to trudno nazwać je zakonnicami.
Wszystko to opowiedziała nam Poon, która również podczas wakacji zostaje tam na miesiąc lub dwa taką ‘zakonnicą’.
Po pierwszej naszej lekcji, kiedy wracaliśmy,  Poon zapytała  czy chcemy dostać za to jakieś pieniądze? Wyjaśniła też, że Tajowie wszystko co robią dla mnichów robią za darmo, ale ona nam może zapłacić. Co więcej mnisi nie mogą o nic poprosić ani nie dziękują za otrzymane dary. To obowiązkiem wiernych jest pomagać  mnichom. W ten sposób wyjaśniło się też dlaczego mnisi nigdy do nas nie zadzwonili – to byłoby proszenie nas o coś.
Kiedy odpowiedzieliśmy, że nie chcemy żadnych pieniędzy, Poon stwierdziła, że wszystkie dobre uczynki będą nam spłacone w następnym życiu i bardzo się zdziwiła kiedy powiedzieliśmy, że nie wierzymy w reinkarnacje i następne życie.
TEACHER ADAM ZE SWOIMI UCZNIAMI ;-)
TEACHER EWA ZE SWOIMI UCZNIAMI ;-)

2 komentarze:

  1. Takie rzeczy to chyba tylko wam moga sie przytrafiac :-)
    Bardzo pozytywny post.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W porównaniu z Indiami to tutaj niewiele nam sie przytrafia, tak 'sielsko anielsko'.....
      pozdrawiamy ;-)

      Usuń